sobota, 23 lutego 2013

Przyczajony kangur, ukryty skok.


Kapitan Arthur Philip, dowódca Pierwszej Floty, zapewne nie do końca był świadomy tego, że pod koniec stycznia 1788 tworzył historię. Między 18 a 20 stycznia jego flota wpłynęła do zatoki Botanicznej, a tam wychodząc na ląd miała zostać założona pierwsza kolonia Terra Australis Incognita. Jednak James Cook niezbyt dokładnie opisał to miejsce, które okazało się niezbyt dobre na kolonię. Na szczęście kilkanaście kilometrów na północ od tego miejsca znajdowała się zatoka Port Jackson, dużo lepsza na założenie kolonii. Pierwsza Flota przeniosła się tam 26 stycznia. Po wstępnych oględzinach terenu kapitan Philip stwierdził, że to idealne miejsce na założenie pierwszej brytyjskiej kolonii na tej obcej ziemi. Na cześć ówczesnego ministra spraw wewnętrznych kolonia została nazwana Sydney Cove. 

Mapa sporządzona przez Francisa'a Fowkes'a w 1788 roku.
Na statkach, oprócz rzeszy skazańców (blisko 800), którzy mieli tę kolonię zbudować, przypłynęło mnóstwo potrzebnych rzeczy do przyszłego funkcjonowania osady. Oprócz wszelkiej maści bydła, rogacizny i drobiu, przywieziono również sadzonki wszystkich potrzebnych roślin. Były wśród nich sadzonki winorośli, bo wino było niezbędne do funkcjonowania. Winorośl została zakupiona w Kapsztadzie, który był ostatnim przystankiem przed Australią. Jednak pierwsi koloniści sukcesów w uprawie winorośli nie odnieśli, co w sumie nie jest zaskoczeniem, gdyż antypody nie są miejscem gdzie byle kto może zasadzić winnic i ją utrzymać. Nowa kolonia brytyjska szybko się rozwijała więc niedługo trzeba było czekać, aż pojawią się tam ludzie, którzy potrafią uprawiać winorośl. Pierwszym o którym warto wspomnieć był Gregory Blaxland, brytyjski osadnik z Kent. Zajął się eksperymentowaniem z uprawą różnych rodzajów roślin, zbóż i winorośli. Na polu uprawy, jak i produkcji wina osiągnął duże sukcesy. Udało mu się wyhodować odmiany winorośli odporne na choroby, ponadto poczynił pewne usprawnienia względem nawadniania winnic i produkcji wina. Jego sukces został doceniony w 1822, gdy Royal Society of Arts przyznało mu medal, wśród win wzmacnianych. Trzeba dodać, że wino australijskie przed dłuższy czas to przede wszystkim wina fortyfikowane. Niewiele innych rodzajów win trafiało do Europy przed końcem XX wieku. Ale Blaxland nie stał się ikoną australijskiego winiarstwa. Całą chwałę odebrał mu James Busby. Enolog z wykształcenia, studiował we Francji, z dużym zapałem zabrał się do tworzenia australijskiego winiarstwa. O ile Blaxlanda można nazwać pionierem winiarstwa, to Busby był jego propagatorem. Napisał podręcznik o tym jak sadzić i pielęgnować winnicę oraz produkować wino w Nowej Południowej Walii. Dzięki niemu Hunter Valley stała się popularnym miejscem do zakładania winnic. Sprowadził ze Europy (przede wszystkim z Hiszpanii i Francji) wiele odmian winorośli, aby zbadać ich rozwój w Australii. W 1833 roku został wysłany do Nowej Zelandii przez brytyjski rząd, więc musiał zakończyć swą przygodę z Australią. 


Jednak ziarna przez niego zasiane zaczęły rosnąć. Powstawało coraz więcej nowych winnic, pojawiło się wielu utalentowanych winiarzy, tworzący na Antypodach świetne wina. Australia miała nawet swoją małą paryską degustację. Gdy w 1873 roku, w Wiedniu, francuscy krytycy spróbowali, w czasie ślepej degustacji, win z okolic Victorii byli zachwycenia. Szybko oprotestowali wynik, gdy okazało się, że owe wina pochodziły z Australii. Uznali, że taka jakoś mogła być uzyskana tylko na francuskich glebach. Oczywiście taka „reklama” nie zaszkodziła winom australijskim. W późniejszych latach wina z tej części nowego świata wygrywały kolejne nagrody na europejskich degustacjach. Niestety i tam dotarła filoksera, ale Australijczykom udało się przetrzymać ciężki okres. Cały czas mieli dość silną pozycję na rynku brytyjskim, ich wina fortyfikowane były tam popularne. Taka sytuacja utrzymywała się do lat siedemdziesiątych XX wieku. Wtedy zaczęły się pierwsze zmiany w winiarstwie australijskim. Produkcja wina została przeorientowana w celu promowania eksportu wina. I wtedy nastąpił ukryty skok. Nie można powiedzieć, że nikt się tego nie spodziewał, ale dla zwykłych konsumentów szokiem mogło być to jak bardzo zmieniła się dostępność win z Australii w przeciągu zaledwie kilkunastu lat. Dla zobrazowania sytuacji podam małą statystykę. W 1990 roku eksport wina australijskiego do USA to ok. 587 tys. skrzynek. W 2004 roku eksportowano już 20 milionów skrzynek. W 2000 eksport wina australijskiego do Wielkiej Brytanii po raz pierwszy był wyższy niż eksport wina francuskiego. 

Etykieta wina z Ten Minutes by Tractor
Dziś wino australijskie nie jest niczym zaskakującym w sklepie. W marketach jest łatwo dostępne i często sporo tańsze niż wina z niektórych krajów Europy. Jednak w większości jest to zwykłe, poprawne wino. Aby spróbować czegoś prawdziwie australijskiego trzeba sięgnąć do tych mniej popularnych winnic. A tych nie brakuje, bo w ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat powstało tam ich mnóstwo. Dla mnie ich największą zaletą jest to, że nie ukrywają skąd pochodzą. Nie dodają na siłę „chateau” lub „domaine” by brzmieć francusko. Nie umieszczają sztucznego zameczku na etykiecie by wyglądać bardziej dostojnie. Ich nazwy potrafią naprawdę rozbawić, a etykiety przyciągnąć wzrok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz