środa, 11 czerwca 2014

„Ordynarny ocet, nic poza tym.”



Tak miały brzmieć słowa Hitlera po degustacji wielkich francuskich win. Niestety nie wiadomo jakich. W każdym razie wyraźnie wskazywały jak Fürher był ustosunkowany do tego trunku. Jak nigdy pozostał osamotniony w tej opinii. Znaczna część jego generalicji i wysokich urzędników była zakochana we francuskich winach. Göring przykładowo był wielkim fanem Bordeaux, Ribbentrop lubował się w szampanie, a Goebbels preferował szlachetne burgundy. Wraz z kapitulacją Francji, trzy najznamienitsze regiony winiarskie spodziewały się inwazji nazistów pustoszących piwnice wielkich posiadłości. Dość znacząco się pomylili. W końcu Niemcy, jak to Niemcy musieli to zrobić w bardziej metodyczny sposób. Powołano specjalnych urzędników, tzw. weinfürerów. Ich zadaniem była selekcja i zakup (sic!) najlepszych win z konkretnych regionów. Wysłannikiem do Bordeaux był Heinz Bömers, Burgundią zaopiekował się Adolph Segnitz, natomiast Szampanią miał się zająć Otto Klaebisch. Formalnie to brzmiało bardzo dobrze, realnie wyglądało to nieco gorzej. 

Żołnierze Luftwaffe popijający wino
Zanim napiszę parę słów o tym jak to wyglądało w praktyce, muszę nadmienić, że trzech wybranych weinfürerów nie objęło tej funkcji z przypadku. Wszyscy znali się doskonale na winach i byli przedstawicielami tej branży na rynku niemieckim. Każdy z nich znał również francuskich winiarzy i handlarzy, gdyż ich rodziny współpracowały od lat. Dobrym przykładem w tym miejscu będzie Burgundia. Odpowiadający za nią Adolph Segnitz był dobrym przyjacielem z Mauricem Drouhinem. Mimo to, Drouhin nie uniknął represji ze strony Niemców, w połowie 1941 roku został nagle pojmany. W więzieniu przesiedział około roku.  Sam region miał trochę więcej szczęścia. Lata 1939-1941 były tragiczne pod względem zbiorów i warunków pogodowych. Marquis d’Angerville miał powiedzieć „Wino w 1940 roku było tak fatalne, że nawet nie próbowaliśmy go winifikować, po prostu wszystko wylaliśmy.” Niemcy nie mogli żądać czegoś czego nie było. Najcenniejsze zapasy z poprzednich roczników zostały dokładnie ukryte. Większość pozostałych win trafiła do gardeł nazistów, ale była to i tak niewielka strata. Bordeaux nie miało tyle szczęścia. Co prawda Heinz Bömers nie miał zamiaru krzywdzić winiarzy z tego regionu, ale był w trudnej sytuacji, gdyż wina przez niego selekcjonowane trafiały do Hermana Göringa, który na winie się znał i nie miał zamiaru przepłacać za francuskie klasyki. Mimo to Bömers bardzo starał się działać na korzyść Francuzów. Gdy pewnego razu był wezwany na spotkanie z bordoskim handlarzem, Rogerem Descas, by negocjować ceny w obecności niemieckich oficjeli, postanowił zastosować pewien fortel. Dzień przed spotkaniem handlowym, zaprosił Descasa na kawę i potajemnie ustalili jakie ceny będą odpowiednie dla obu, tak by nie skrzywdzić winiarzy i ugłaskać Niemców. Następnego ranka na spotkaniu, obaj panowie wdali się w zaciekłą kłótnię, będąca w rzeczywistości teatrem dla nazistowskich funkcjonariuszy. Scysja zakończyła się porozumieniem, którym była oczywiście wcześniej ustalona cena. I wszyscy byli szczęśliwi. Poza Göringiem, który nie był zbyt przekonany co do lojalności Bömersa. Wezwał go do Berlina i wprost oskarżył o zdradę. Weinfürer odpowiedział mu, że jeśli nie jest zadowolony z jego pracy to może odesłać go do domu. Na tym skończyło się spotkanie. Göring wiedział, że nie znajdzie nikogo lepszego do tej pracy, Bömers wiedział, że wszyscy teraz zaczną patrzeć mu na ręce. Gdy wrócił do Bordeaux dowiedział się, że niemieccy żołnierze urządzają sobie spontaniczne wypady do co lepszych winnic, konfiskując wina. Był niemalże pewny, że były to zamierzone działania Göringa. Szczęśliwie nie było zbyt częste. Największe posiadłości zdołały uchronić najlepsze butelki przed nazistami. Niejednokrotnie wymagało to tak drastycznych środków, jak na przykład zamurowywanie części piwnic, by ukryte zapasy nie zostały odkryte i skonfiskowane.

Château Mouton Rothschild należące niegdyś do kolekcji
Göringa.
W najgorszej sytuacji była Szampania. Niemcy szczególnie lubowali się w prawdziwym champagne, więc żądali astronomicznych ilości (nawet do 400 tys. butelek tygodniowo).  Oczywiście, mimo że winiarze otrzymywali zapłatę za te butelki to ceny rzadko spełniały ich oczekiwania. Dodatkowo zanim weinfürer przybył do tego regionu, to Niemcy zdążyli już zrabować blisko 2 miliony butelek. Francuzi robili wszystko by spełnić oczekiwania nazistów i nie zbankrutować jednocześnie. Robert-Jean de Vogüé współwłaściciel Moët et Chandon w 1941 zwołał spotkanie wszystkich producentów szampana i zaproponował plan działania, polegający na tym, że wszyscy mają być po równo obciążeni dostawami szampana do Rzeszy. Miało to pomóc przetrwać ten trudny okres. Część winiarzy starała się radzić sobie na inne sposoby, przykładowo podmieniając etykiety w przeciętnych butelkach. Otto Klaebisch podejrzewał manipulacje. Podczas jednej z kontroli, natknął się na wyraźnie oszukany trunek. Natychmiast wezwał do siebie odpowiedzialnego za nie producenta, dwudziestoletniego wówczas, Francois Taittinger. Bez ogródek spytał: „Jak śmiesz sprzedawać mi te musujące pomyje?”. Młody mężczyzna odpowiedział: „Kogo to obchodzi? Przecież ci co będą to pili i tak nie mają pojęcia jak smakuje prawdziwy szampan!”. Ta, nie odbiegając zbytnio od prawdy, wypowiedź zakończyła się dla Francois wizytą w więzieniu. Szybka interwencja najstarszego z braci Taittingerów, pozwoliła mu na wyjście z aresztu zaledwie po kilku dniach. Zachowanie młodego winiarza nie odbiegało zbytnio od normy. Wielu producentów równie zaciekle sprzeciwiało się niemieckim rozkazom. Kolejne przykłady niesubordynacji zakończyły się odgórną karą dla każdego z winiarzy. Do wyboru było 600 tys. franków grzywny albo 40 dni w więzieniu. Niemalże każdy zapłacił grzywnę. Po tym winiarze z Szampanii starali się współpracować z Niemcami. Tak pokrótce można przedstawić pracę weinfürerów. Ich zadanie zostało doskonale wykonane. Dzięki nim każdego roku do Rzeszy spływało dwa i pół miliona hektolitrów francuskiego wina. Ale nie należy oceniać ich jednoznacznie negatywnie. Warto zauważyć, że w pewnym sensie uchronili francuskie winnice przed brutalną konfiskatą wina przez armię, do której mogło dojść, gdyby nie niemiecka chęć zorganizowania każdej czynności. Wiadome było, że winnice ucierpiały na sprzedaży wina do Niemiec, gdyż ceny – delikatnie mówiąc – były niezbyt atrakcyjne, a możliwości negocjacji należały do rzadkości. Ale nawet niska cenna jest lepsze niż oddanie wina za darmo. Wielu winiarzy francuskich przyznało, że tak naprawdę udało im się przetrwać tylko dzięki pracy weinfürerów. Potrafili sprawić by naziści byli szczęśliwi z udanych zakupów i producenci nie ucierpieli bardzo na handlu z Rzeszą. W taki sposób stali się niedocenionymi bohaterami francuskich winnic.  
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz